Bardzo trudno jest rozpocząć czytanie Kronik, a jeszcze trudniej jest je polubić. Na przeszkodzie stoi bowiem główny bohater - rozdzierany wątpliwościami i sprzecznymi uczuciami Tomasz Covenant Niedowiarek. Jest trędowaty, i w naszym świecie traktuje się go jak nieczystego pariasa. Dobroduszni sąsiedzi namawiają go do dobrowolnej wyprowadzki, paląc stodołę, gdy zawiodły inne argumenty, szeryf szuka legalnych dróg do pozbycia się go z okręgu, a sklep przysyła mu jedzenie i nie pyta o zapłatę - byle Covenant trzymał się z daleka od miasta. Dodam jeszcze, że nasz bohater został opuszczony przez żonę, która zabrała ze sobą ich syna. Na początku wzbudza więc głównie litość.
Nic dziwnego, że rzucony do przecudnej Krainy, Covenant zachowuje się w sposób nie tyle niekonwencjonalny, co drażniący. Został bowiem nazwany bohaterem i ur-lordem, powierzono mu najpotężniejszą ze znanych mocy i uleczono jego trąd, a wszyscy patrzą na niego jak na zbawcę, który ocali Krainę przed podłościami Lorda Foula Wzgardliwego. Thomas wybrał jednak imię Niedowiarka i wszystkie wynikające z niego konsekwencje. Przez dwa i pół tomu będzie on otaczany miłością i opieką, na którą odpowie niewiarą i zniszczeniem. Covenant dopuszcza się nawet ohydnego gwałtu na dziewczynie, która uratowała mu życie i uleczyła jego trąd.
Nie dziwię się więc, że wielu ludzi odrzuca od Kronik po pierwszych stu stronach. Covenant jest denerwujący, marudny i niewdzięczny. Przed solidnym obiciem pyska ratuje go jedynie złożona przez mieszkańców Krainy przysięga pokoju, która zobowiązuje ich do bezwzględnego szanowania życia, oraz jego obrączka z białego złota, będąca kluczem do pierwotnej magii - chaotycznej mocy leżącej u podstaw świata z Covenantowego snu. Bo Niedowiarek nie jest pewien, czy śni, czy też przeżywa prawdziwe przygody. Szczerze mówiąc, trochę go rozumiem. Gdybym upadł, potrącony przez samochód, i obudził się w krainie piękna i szczęśliwości, witany przez mieszkańców jako władający mocą zakrzywionego szkła zbawca (noszę okulary), to uznałbym ich za wariatów, a ich kraj za ułudę.
Mnie osobiście fascynuje ten ułomny antybohater, aczkolwiek nieraz jego poczynania były mi obce. Ale dla tych, którzy oczekują od zbawcy świata nieco innego zachowania, mam parę innych zalet, dla których należy koniecznie zapoznać się z napisanym przez Stephena Donaldsona cyklem. Numer jeden to Słone Serce Pianościgły, gigant i przyjaciel Covenanta, najwspanialsza postać cyklu i mój ulubiony bohater. Jest on pogodny i radosny, pełen pasji i miłości, lojalny, wierny i mądry. Tak naprawdę, to on jest chyba najważniejszym bojownikiem w walce przeciwko Wzgardliwemu. I pomimo że przeszedł więcej niż Covenant, i miałby pełne prawo załamać się pod tym ciężarem, to wyszedł z tej próby zwycięsko. Ale Pianościgły wierzył w istnienie Krainy. Covenant nie akceptuje zaś jej istnienia.
Pianościgły nie jest jednak jedynym niezwykłym bohaterem tej książki. Donaldson ma talent do rysowania skrzywionych charakterów i wypełniania swoich postaci kompleksami i problemami. Ludzie znoszący Covenanta tym bardziej zasługują na podziw - nie dość, że muszą walczyć z własnymi problemami, to jeszcze zwalił im się na głowę Niedowiarek.
Kraina sama w sobie, to drugi powód do zapoznania się z tym cyklem. Zawarte w jej opisach piękno przewyższa IMHO Lorien i wszystkie inne stworzone na potrzeby literatury fantasy oazy szczęścia. Każdy krok Covenanta i jego przyjaciół prowadzi nas w coraz to inny uroczy zakątek. Opisy tych wspaniałości pozwalają zrozumieć, dlaczego tamtejsi mieszkańcy kochają swój świat tak głęboko i bezwzględnie, dlaczego czują się z nim tak silnie związani. Właśnie poprzez różnice w pięknie Krainy i brzydocie opanowanych przez Foula ziem uwypuklone jest w tym cyklu zło i jego cechy.
Wiele można jeszcze powiedzieć o tym cyklu. Mnóstwo wspaniałych postaci, żywych i pełnych dylematów, niezwykłe pomysły, niepodobne niczemu, co można spotkać na kartach innych powieści tego gatunku. Są tam wyprawy i magiczne artefakty, miłość i zdrada, wojna i śmierć, a wszystko opisane za pomocą właściwego jedynie Donaldsonowi stylu pisania, świetnie uwypuklonego przez tłumaczenie. Czyta się to z przyjemnością i fascynacją, nawet jeżeli nie ma w tych powieściach humoru, a bohaterowie muszą ciągle walczyć ze swoim znużeniem i rozpaczą.
Najważniejsze jednak, że w połowie trzeciego tomu Covenant w końcu zawiera swój prywatny pokój z Krainą, niszczy Foula, zyskuje sobie szacunek w naszym świecie i bardzo dobrze, bo po wątpliwych zwycięstwach dwóch z pierwszych tomów w końcu możemy się czymś cieszyć.
Eryk Remiezowicz
Stephen R. Donaldson: Jad Lorda Foula. Przeł. Piotr W. Cholewa. Zysk i S-ka 1994. Wojna Złoziemnego Kamienia. Przeł. Maria Duch. Zysk i S-ka 1994. Moc, która osłania. Przeł. Maria Duch. Zysk i S-ka 1995.
Errata
W mojej recenzji z Dywizji Cassini (Miesięcznik 135) jest, obawiam się, błąd: Sama konstrukcja historyczna jest nieco zbyt zwariowana, by być prawdopodobną, ale jeden element zupełnie zawodzi - ludzie mianowicie. Ellen May Ngwethu, główna bohaterka książki, w ogóle nie niesie ze sobą ducha tego Nowego Wspaniałego Świata potrafi się domyślić a la McLeod. Powinno być: Sama konstrukcja historyczna jest wystarczająco zwariowana, by być prawdopodobną, ale jeden element zupełnie zawodzi - ludzie mianowicie. Ellen May Ngwethu, główna bohaterka książki, w ogóle nie niesie ze sobą ducha tego Nowego Wspaniałego Świata a la McLeod. Eryk Remiezowicz |