To takie piękne: wymyślić idealny system rządów, który wszystkim mieszkańcom Ziemi i okolic zapewni równość, wolność, braterstwo oraz pieniądze (lub ich nieistnienie - co kto woli). Ken MacLeod proponuje nam w tym celu socjalizm, oparty jednak o odwołania do najprymitywniejszych ludzkich instynktów. Wiedziona tą ideologią chinosowiecka armia miałaby zanieść pokój wszystkim Ziemianom i zaprowadzić wiek powszechnej szczęśliwości. Hm... Pozwolę sobie zachować pewne wątpliwości. Trzeba jednak autorowi oddać, że aby osiągnąć swój cel, potrząsnął Ziemianami nieźle, przerzucając ich z Upadku (systemu kapitalistycznego, jakby się kto pytał) w Zieloną Śmierć, zarazę wywołaną podobno przez ekologów, a na koniec waląc w biednych mieszkańców Ziemi Infekcją, wyprodukowanym przez Zewnętrznych strumieniem wirusów komputerowych, który załatwił wszystko, co krzemowe. I tak w bólach urodziła się epoka Heliocenu, czyli stabilizacji i szczęścia opartego o zasadę "rób, co ci może ujść na sucho".
Sama konstrukcja historyczna jest nieco zbyt zwariowana, by być prawdopodobną, ale jeden element zupełnie zawodzi - ludzie mianowicie. Ellen May Ngwethu, główna bohaterka książki, w ogóle nie niesie ze sobą ducha tego Nowego Wspaniałego Świata potrafi się domyślić á la McLeod. Jest zwykłą dwudziestowieczną, twardą panią dyrektor z zasadami. Pasuje bardziej do fotela szefa korporacji z dnia dzisiejszego, niż do oficera pięści socjalizmu z wieku dwudziestego czwartego.
Ellen jest bowiem oficerem Dywizji Cassini, formacji, która ma bronić ziemskiego raju przed zakusami Zewnętrznych, naszych przyspieszonych potomków z Jowisza. Są to (a właściwie byli) ludzie, którzy osiągnęli stopień rozwoju eliminujący ich na zawsze z gatunku homo sapiens. Przenieśli swoje umysły do struktur mechanicznych i biologicznych, dzięki czemu myślą i czują tysiąc razy szybciej niż my. Są mądrzy, potężni, ale bynajmniej nie dobrotliwi (patrz Infekcja). Nic dziwnego, że kiedy Szybki Lud zdecydował się wyjść z rzeczywistości wirtualnej i zabrać za ekspansję, Dywizja Cassini natychmiast zaczęła szukać sposobu na udaremnienie tych zamiarów.
No i się zaczyna. Jak w każdej dobrej książce akcji, tempo wydarzeń nie pozwala na ich zrozumienie. Pojawia się trzecia strona konfliktu i zarazem jeszcze jedna polityczna wizja autora - tym razem są to anarchokapitaliści; statki Dywizji zaczynają podróżować przez Milę Malleya (jak ktoś rozumie jak to urządzenie działa, to proszę o kontakt); z Ziemi przylatują wysłannicy mocodawców Dywizji, a bałagan rośnie w tempie wykładniczym. Kończy się wszystko, hmmm, chyba dobrze. Nie potrafię szczerze ocenić, czy fabuła poprowadzona została w sposób sensowny, bo działo się to po prostu za szybko.
Książka jest więc zgrabnie upakowanym i strawnie podanym zbiorem przemyśleń politycznych. Chwała autorowi, że postarał się zrobić z tego dynamiczną powieść, a nie filozoficzny traktat. I choć idee są nieco drugiej świeżości, a za kształtowanie charakterów Ken MacLeod nie brał się w ogóle, to jest to dziełko całkiem przyjemne w odbiorze.
Eryk Remiezowicz
Ken MacLeod: Dywizja Cassini. Przeł. Maciejka Mazan. Amber 1999.